Ułatwienia dostępu

Simon Mills opowiada o codziennych ziołowych lekarstwach w Twojej kuchni

Kurkuma, imbir i cynamon - codzienne lekarstwa w Twojej kuchni wg. Simona Millsa

Rozmawiamy z dr Simonem Millsem, pionierem medycyny komplementarnej od 1979 roku, a później medycyny zintegrowanej, samoopieki i recept społecznych.

Ukończył Uniwersytet Cambridge z dyplomem nauk medycznych i od 1977 roku jest zielarzem w Exeter. Dr Simon był specjalnym doradcą Komisji Specjalnej Izby Lordów ds. raportu z 2000 roku dotyczącego medycyny komplementarnej i alternatywnej. W 2016 roku został strategiem ds. ziołolecznictwa w firmie Pukka Herbs, gdzie kieruje nowymi inicjatywami, badaniami klinicznymi i działaniami mającymi na celu zmniejszenie zapotrzebowania na antybiotyki. W dziedzinie ziołolecznictwa założył pierwszy program magisterski w Stanach Zjednoczonych, napisał kluczowe podręczniki i opublikował badania, w tym wyniki kontrolowanych badań z losowym przydziałem pacjentów.

Wszystko zaczęło się od kozy

Mills opowiada o swojej drodze do zielarstwa, która rozpoczęła się od niezwykłej lekcji, jaką dała mu jego koza, Emily, intuicyjnie zjadając rośliny lecznicze.

Podróżowałem po świecie, ale dorastałem na farmie owocowej w Nowej Zelandii, więc od dziecka miałem styczność z ogrodnictwem i roślinami. I wtedy na mojej drodze pojawiła się koza – Emily. Każdego dnia wyprowadzałem ją na długiej linie, wbijając palik w ziemię, tak aby miała do dyspozycji kilkadziesiąt metrów żywopłotu. Z czasem zauważyłem coś niezwykłego – Emily nie pasła się bezmyślnie, jak odkurzacz zbierający zielsko. Ona wybierała rośliny bardzo uważnie, kierując się czymś, co można by nazwać intuicyjną inteligencją.

Z perspektywy człowieka wyglądało to tak, jakby znała zbiór roślin leczniczych. Wszystko, co wybierała, miało właściwości prozdrowotne. Doszedłem wtedy do wniosku, że ona reguluje swój metabolizm w sposób naturalny, instynktownie, wykorzystując węch i wrodzoną mądrość. I pomyślałem: Emily, kiedy dorosnę, chcę być taki jak ty. Od tamtej pory koza stała się moją nauczycielką.

Od fascynacji imbirem

Jednym z pierwszych przykładów rośliny, która mnie zafascynowała, był imbir. To przyprawa znana od tysięcy lat, prawdopodobnie jedna z najbardziej wartościowych roślin w historii ludzkości. Co ciekawe, imbir w naturalnej postaci zniknął z dzikiej przyrody już dwa tysiące lat temu – dziś znamy go wyłącznie z uprawy, bo utracił zdolność samodzielnego przetrwania. To, co mamy, to efekt naszej ingerencji, a właściwie starożytnego „ekobójstwa”.

Moja droga do fitoterapii była jednak dłuższa. Studiowałem nauki medyczne w Cambridge, choć nigdy nie chciałem zostać lekarzem. Bardziej interesowały mnie badania naukowe. Potem podróżowałem – w tamtych czasach, jako przedstawiciele powojennego pokolenia, mogliśmy sobie na to pozwolić. W Afryce Północnej i Ameryce Środkowej obserwowałem, jak ludzie leczą się tradycyjnymi metodami – a podstawą zawsze były rośliny. To zapaliło w mojej głowie lampkę.

Po powrocie osiedliłem się w Kornwalii, prowadziłem małe gospodarstwo i znów wróciłem do ziół. Z czasem odkryłem, że istnieje w Wielkiej Brytanii program kształcenia w zakresie ziołolecznictwa. Podjąłem studia i dzięki wcześniejszej wiedzy medycznej szybko się rozwijałem. Zostałem też wciągnięty w prace organizacyjne – brałem udział w tworzeniu szkoły fitoterapii, a później programów uniwersyteckich. W latach 70. i 80. uczestniczyłem w narodzinach terminu „medycyna komplementarna” – pojęcia, które zastąpiło mało atrakcyjne określenie „medycyna alternatywna”.

Od tamtej pory minęło 45 lat praktyki klinicznej. W pracy z pacjentami często korzystam z intuicji – trochę na wzór Emily. Oczywiście podstawą jest wiedza fizjologiczna i farmakologiczna, ale równie ważne są subtelne sygnały, jakie daje ciało pacjenta.

Jak działają zioła

Zioła działają wielopoziomowo: część efektów to aktywna farmakologia, część to pobudzanie naturalnych mechanizmów samouzdrawiania, które często mylnie wrzuca się do worka z napisem „placebo”.

Dla mnie placebo nie jest złudzeniem – to wewnętrzna zdolność organizmu do samokorekty. Zioła mogą pełnić tu rolę „otwieracza drzwi” – delikatnie popychają proces, uruchamiając mechanizmy naprawcze, które w nas tkwią. Czasem potrzebne są mocniejsze środki, jak naparstnica czy alkaloidy opiumowe, ale w codziennej profilaktyce i samopomocy wystarczają łagodniejsze rośliny – te, które od wieków towarzyszą człowiekowi w kuchni i medycynie ludowej. Właśnie dlatego fitoterapia znajduje się pomiędzy dietą a farmakologią – to most łączący jedzenie, styl życia i medycynę.

Ziołolecznictwo w różnych kulturach

Tradycja stosowania roślin w medycynie towarzyszy ludzkości od tysięcy lat i rozwijała się niezależnie w różnych zakątkach świata. Najstarsze źródła prowadzą do Indii i Chin, gdzie powstały obszerne systemy medycyny tradycyjnej oparte na roślinach. Europa rozwinęła własną tradycję – związaną z zielarstwem klasztornym i medycyną grecko-rzymską – która później przenikała się z praktykami arabskimi i islamskimi. W Pakistanie czy Persji ukształtowała się medycyna Unani, będąca połączeniem wpływów hellenistycznych i arabskich.

Podróżując po Afryce Północnej czy Ameryce Środkowej można zauważyć, że lokalne tradycje to w istocie mieszanki – elementy rdzenne przenikały się z wpływami kolonialnymi, hiszpańskimi czy islamskimi. W efekcie powstała swoista mapa etnomedyczna świata, w której można wyróżnić kilka głównych centrów: Indie, Chiny oraz Europę. Na przestrzeni dziejów tradycje te spotykały się i mieszały – zarówno przez handel, jak i migracje.

Współczesne ziołolecznictwo, w tym moje własne podejście, jest globalne – korzystam zarówno z receptur indyjskich czy chińskich, jak i północnoamerykańskich. Szczególnie bogata jest tradycja Stanów Zjednoczonych, gdzie na bazie rdzennych praktyk i roślin, takich jak jeżówka, żeń-szeń amerykański czy goldenseal (Hydrastis), powstał cały nowy nurt.

Historia brytyjskiego zielarstwa również jest niezwykle ciekawa. W epoce rewolucji przemysłowej wieśniacy masowo przenosili się do miast – Leeds, Manchesteru czy Bradford – zostawiając za sobą tradycyjną wiejską opiekę zdrowotną, którą dotąd zajmowały się głównie kobiety. W nowych warunkach to mężczyźni przejęli rolę zielarzy, zakładając sklepy z mieszankami ziołowymi i herbacianymi. Jednym z pionierów był Jesse Boot z Nottingham – współzałożyciel Krajowego Stowarzyszenia Zielarzy. Jego nazwisko nie jest przypadkowe – to właśnie z jego małego zielarskiego sklepiku narodziła się później sieć aptek Boots, dziś znana w całej Wielkiej Brytanii.

Na tym gruncie pojawiły się też wpływy amerykańskie – w XIX wieku do Anglii przybyli propagatorzy systemu „medycyny gorąco-zimno”, rozwiniętego na bazie rdzennych tradycji i stosowania m.in. pieprzu kajeńskiego. Te idee połączono z lokalnymi praktykami, co doprowadziło do powstania nowej, zawodowej tradycji fitoterapii na Wyspach. To właśnie ten nurt, silnie oparty na północnoamerykańskich roślinach i doświadczeniach, stał się podstawą programu, który studiowałem w latach 70. w Leicester.

Dlatego w moim „materia medica” – zbiorze podstawowych roślin leczniczych – od samego początku ważne miejsce zajmowały północnoamerykańskie gatunki: jeżówka purpurowa, żeń-szeń amerykański, goldenseal czy liczne zioła stosowane w ginekologii.

Dziś mamy dostęp do całego tego globalnego dziedzictwa – od kurkumy i imbiru w kuchni indyjskiej, przez tradycyjne chińskie mieszanki, aż po północnoamerykańskie rośliny immunostymulujące. To ogromne bogactwo, które łączy różne kontynenty i epoki.

Jak bezpiecznie zacząć stosować zioła

Wspomniałeś o jeżówce (echinacea), która jest dziś bardzo popularna. Podobnie zresztą jak ashwagandha – zadałeś mi kiedyś pytanie, czy ją stosuję, bo pod koniec dnia mam jeszcze dużo energii. Ale jak właściwie podejść do tego ogromnego „zielarskiego kompendium”? Skoro wokół ziół narosło tyle mitów, informacji sprzecznych, a także produktów o różnej jakości – od czego zacząć? Od herbaty, od nalewek, suplementów, a może od czegoś innego?

Zioła jako narzędzie samopomocy

To, co mnie najbardziej przyciąga do świata roślin leczniczych, to fakt, że są one idealnym narzędziem do samodzielnej troski o zdrowie. Każdy może ich używać – i w wielu kulturach tak właśnie się dzieje. Przeciętny posiłek w Azji jest przepełniony roślinami, które mają działanie lecznicze. My nazywamy je przyprawami. I co ważne – można spożywać je codziennie, bez ryzyka szkody. Wręcz przeciwnie – w naszej części świata mamy raczej deficyt przypraw w diecie.

Weźmy kurkumę – bogactwo badań wskazuje, że poprawia krążenie krwi, wspiera trawienie, działa korzystnie na mikrobiom jelitowy. W Indiach używano jej od wieków, często nie zdając sobie sprawy z jej pełnego potencjału. Dlatego pierwsza rada brzmi: zacznij od jedzenia.

Herbaty ziołowe jako pierwszy krok

Łagodnym i bezpiecznym punktem startowym są herbaty ziołowe. Dobrze smakują, a jednocześnie mogą stanowić wsparcie organizmu, jeśli są przygotowane według tradycyjnych receptur. Taki sposób wprowadzania ziół do codziennej rutyny daje szansę, aby obserwować własne reakcje. Jeśli nie pasuje ci np. mięta, spróbuj rumianku albo kopru włoskiego. Warto po prostu testować i następnego dnia zadać sobie pytanie: „Jak się po tym czuję?”.

Wiedza dostępna dla każdego

Warto korzystać też z rzetelnych źródeł wiedzy. Jednym z nich jest herbalreality.com, baza stworzona przez Sebastiana Pöhla – współzałożyciela firmy Pukka. Można tam znaleźć praktyczne informacje o dawkowaniu, zastosowaniach i jakości ziół. To strona pisana dla każdego, nie tylko dla specjalistów.

Zioła i farmaceutyki – czy można je łączyć?

Zdecydowanie tak. Większość moich pacjentów jednocześnie przyjmuje leki syntetyczne. Zioła mogą pełnić funkcję wsparcia – czasem pomagają złagodzić objawy, których leki nie obejmują. Zdarza się, że pacjent sam zauważa poprawę i wspólnie z lekarzem ogranicza dawki farmaceutyków. Kluczem jest to, że rośliny działają często na poziomach pomijanych przez konwencjonalne środki – np. w obrębie jelit czy jamy ustnej, wpływając na procesy zapalne u samego źródła.

Fitonutrienty – moc ukryta w kolorach

Podstawą są tzw. fitoskładniki (phytonutrients), czyli substancje roślinne wykraczające poza klasyczne witaminy i minerały. To m.in. polifenole czy olejki eteryczne – odpowiedzialne za kolory i aromaty roślin. Prosta zasada brzmi: jedz codziennie tęczę. Czerwone, żółte, zielone i fioletowe warzywa oraz owoce zawierają różne, unikalne związki o działaniu prozdrowotnym.

Przyprawy są szczególnie bogatym źródłem fitoskładników – dlatego tak zdrowa okazuje się kuchnia azjatycka. I co ważne: zdrowa dieta nie musi być droga. Proste potrawy – np. soczewica z kurkumą, szpinakiem i ziemniakami – to posiłek tani, a jednocześnie bardzo odżywczy.

Przyprawy, które warto mieć zawsze pod ręką

  • Kurkuma – absolutny numer jeden. Wspiera metabolizm, reguluje poziom cukru we krwi, działa przeciwzapalnie, chroni mikrobiom jelitowy.
  • Cynamon – szczególnie ceniony w kontekście insulinooporności i zespołu metabolicznego. Najlepiej wybierać cejloński (tzw. „prawdziwy cynamon”), rozpoznawalny po charakterystycznych cienkich „zwijkach”.
  • Imbir – jedna z najcenniejszych roślin w historii ludzkości. Już dwa tysiące lat temu zniknął ze środowiska naturalnego i odtąd uprawia się go tylko z kłączy. To tradycyjny środek na przeziębienia, infekcje płuc czy bóle stawów.

Prosty domowy napój na przeziębienie

W chłodne, wilgotne dni wystarczy zagotować imbir z cynamonem i pić na gorąco. Napar można trzymać w termosie i popijać w ciągu dnia – efekt rozgrzewający i udrażniający drogi oddechowe pojawia się już po kilku minutach.

Inne cenne przyprawy

Kminek, koper włoski, kolendra, kardamon – wszystkie one były i są wykorzystywane w medycynie ludowej na całym świecie. Kardamon na przykład od wieków stosowano jako środek wzmacniający w okresie rekonwalescencji.

Indywidualne podejście

Na początku warto stosować strategię „shotgun” – wprowadzać różnorodne przyprawy i posiłki z bogactwem smaków. Z czasem jednak dobrze jest sprawdzać, jak konkretne zioło działa na nas indywidualnie. Niektórzy reagują zbyt mocno na rozgrzewające przyprawy, jak imbir – i wtedy lepiej je ograniczyć.

Zioła uczą uważności na własne ciało. A najlepszym przewodnikiem w ich stosowaniu są nasze własne zmysły – język, nos i samopoczucie następnego dnia.

Dr Simon Mills wyjaśnia, że ziołolecznictwo „poprawia samoregulację” i wspiera wrodzoną zdolność organizmu do leczenia. Zachęca do włączania ziół i przypraw do codziennych posiłków jako prostego sposobu na poprawę zdrowia. Proponuje, aby w spiżarni zawsze mieć kurkumę, cynamon i imbir, ze względu na ich liczne korzyści zdrowotne. Doradza również kupowanie i mielenie całych przypraw na świeżo, by zachować ich aromat i właściwości. Zauważa, że znalezienie odpowiedniego ziołowego środka to indywidualna podróż i sugeruje konsultację z dyplomowanym zielarzem, gdy ktoś nie może znaleźć rozwiązania na własną rękę. Dodaje, że na kaca poleca gorzkie zioła, takie jak mniszek lekarski czy liść karczocha, które wspomagają pracę wątroby.